MENU
Gruzja

Wszystkie koty Tbilisi

Przyznaję: nie spodziewałam się zbyt wiele po Tbilisi. Założyłam, że to będzie kolejne spore miasto, kolejna stolica. Trochę biedna, momentami ukazana w przepychu, stolica, jakich wiele. Jakże się myliłam! Nie wiem, co to miasto ma w sobie, ale sprawiło, że mam ochotę zobaczyć jeszcze więcej.

Kto nie był w Gruzji palec do budki. Ktokolwiek?

Mam wrażenie, że już prawie każdy Polak był w Gruzji. Gdy podpytam moich znajomych – był tam już niemal każdy. Kilka razy czasem! Na jakikolwiek blog podróżniczy nie wejdę – Gruzja zawsze jest w zakładkach. Widzę te same kadry, te same miejsca, te same trasy. Wszystko to samo. Ale to nic nie szkodzi. I tak warto doświadczyć samemu. Bo gdy Gruzin usłyszy, żeś z Polski – uśmiechnie się szeroko – i od razu wręczy ci czaczę mówiąc przy tym “Polsza, na zdrowie” i każe wypić od razu do końca. Gdy jedziesz do Gruzji po raz pierwszy usłyszysz przed wyjazdem, że się najesz pysznego jedzenia, od którego prawdopodobnie przytyjesz (true story). Dowiesz się też, że zasmakujesz pysznych win, leciutkich niczym oranżady – a i tych się opijesz. I nawet jeśli wcześniej ich nie lubiłeś, tu będą ci smakować. Wyjedziesz z nadbagażem w postaci butelek wina. W kilku sztukach. True story też. Wszystko, co usłyszałam o Gruzji przed wyjazdem się sprawdziło. Nawet jeśli przeczyło sobie. I to też jest pięknie groteskowe.

Ja, pierwsze co usłyszałam o Gruzji, wiele lat temu, to że jest tu masa bezpańskich psów. Tak, w górach, w mniejszych miejscowościach. Ale w Tbilisi królują koty. Znajdywałyśmy je wszędzie – na każdym podwórku, pod każdą bramą, w oknach, śmietnikach, piwniczkach. Bezpańskie mruczki są tam wszędzie, są niepodważalnie stałym elementem pejzażu miejskiego. I to właśnie je obrałam sobie na mój główny motyw fotograficzny w tym mieście. No i jeszcze Kaha – ale ona też jest kotem. Tak jakby.

Chciałabym zaznaczyć, że o dziwo większość z tych kotów jest bardzo przyjacielska. Chętnie się łaszą, mruczą, domagają się pieszczot, chodzą za człowiekiem odprowadzając go z miejsca na miejsce.

Przyjechałyśmy do Tbilisi bezpośrednio z lotniska w Kutaisi, po nocnym locie. Wiadomo, każdy podróżujący Polak zna to połączenie. W stolicy zastała nas piękna aura. Mgła, deszczowe chmury, modelunkowe światło. Ucieszyłam się myśląc, że jest pięknie i zaraz będę szaleć z aparatem cykając klimaciarskie kadry. Nie – wait a minute – są priorytety. Najpierw musiałyśmy coś zjeść, załatwić kartę gruzińską, doładować ją, wymienić hajs, odnieść bagaże do hostelu i dopiero po organizacji takich rzeczy byłam w stanie robić zdjęcia. Dokładnie w momencie, gdy odłożyłyśmy plecaki wyszło słońce. Prawo Murphiego pozdrawia.

Jestem w stanie to przeżyć, ponieważ trafiłyśmy do knajpy, w której nie dość, że zjadłyśmy nasze pierwsze chaczapuri w wydaniu z jajkiem i masłem – czyli adżaruli – sprzedawano tu także water lagi, czyli gruzińską oranżadę. Ale hola! Z Kahą od razu się w niej zakochałyśmy. Na początek wzięłyśmy jakąś bezpieczną – czerwoną – smakowała wisienką. Jednakże podpatrując, co bierze reszta nie było wyboru. Bierzemy czekoladową! Tak, piłam czekoladową oranżadę i była najlepszą oranżadą na świecie. Na wasze nieszczęście lub szczęście nie mam pojęcia jak nazywała się ta knajpa w naszym alfabecie, lecz po gruzińsku to აჭარულები ლაღიძეზე przy ulicy Rustaveli (wejście schodkami na dół, na szyldzie jest zdjęcie adżaruli). Trzymam kciuki za odnalezienie. Potem już nigdzie nie widziałam tych oranżad.

Tak właśnie wyglądało nasze zwiedzanie Tbilisi. Nie zwiedziłyśmy nic, ale zobaczyłyśmy dużo więcej. Albo przynajmniej tak mi się wydaje.

Po prostu łaziłyśmy tam, gdzie wzrok poniesie, gdzie kot odprowadzi, gubiłyśmy się w uliczkach, zaglądałyśmy na podwórka, co chwilę wdrapywałyśmy się pod górkę sapiąc przy tym bardziej niż gruzińskie babulinki, przystawałyśmy więc co chwilę na oddech i udawałyśmy, że robimy zdjęcia. Jedyne, co ustalałyśmy, to jakiś azymut. “Stare Tbilisi? Okej, to gdzieś w tamtym kierunku” – i szłyśmy. Polecam takie poznawanie Tbilisi.

Tak chadzając sobie po tym Starym Tbilisi – byle nie po głównej uliczce (wypełniona już typową turystyczną komercją gotową na europejskiego turystę i jego portfel) – stwierdzałam, że gdzieś już coś takiego widziałam. Tak! Przypominała mi się Litwa i Łotwa. Dokładniej Wilno i Ryga – nie, że w całości, ale te piękne drewniane budynki, z pięknymi zdobieniami, witrażami, balkonikami, fantazyjnie ułożonymi elementami elewacji – niczym klocki lego – w harmonijnej asymetrii. Niestety zarówno tam (na Litwie i Łotwie), jak i tu (w Gruzji) – totalnie pogrążone w ruinie. Niektóre z nich runęły i widać było jedynie szczątki budynków.

I doszłam pewnie do tych samych wniosków, co każdy pląsając się tamtejszymi uliczkami – że to okropnie smutne. Odnowione albo stanowią świątynie komercji i nie mają już tego samego klimatu, co w oryginale. Nieodnawiane padają. Co robić?

Chciałam wtrącić jeszcze, że panowie, których widzicie na zdjęciach (niżej i wyżej) – każdy z nich dostał zdjęcie. Instax i natychmiastowa odbitka, która wywołuje się w ciągu kilku-kilkunastu minut to coś idealnego na taki wyjazd. A radość tych ludzi z tego, że dostają takie zdjęcie dla siebie. Bezcenna! I Fuji wcale mi nie płaci, to wręcz ja bulę kupę kasy na wkłady do tego plastikowego fotorobiciela.

Udałyśmy się w kierunku rzeki. Ale gdy przekroczyłyśmy most nie mogłyśmy już przekroczyć ulicy. Co więcej jakiś taksówkarz nawet zaoferował nam, że obwiezie nas tak, byśmy mogły znaleźć się po drugiej stronie ulicy, placu właściwie. Przyznam, że poruszanie się po ruchliwych ulicach to prawdziwy wyczyn. Pasy widziałam może kilka razy, czasem znajdzie się przejścia podziemne (ale też nie za często). Raz widziałam światła! W każdym razie przekroczenie ulicy przerosło nas i wróciłyśmy.

Poszłyśmy w górę, w kierunku Twierdzy Narikala. Znalazłyśmy się w starym, aczkolwiek odnowionym Tbilisi. Do samej twierdzy nie doszłyśmy, ale miło było podziwiać miasto o zachodzie z lekkiego podwyższenia. Przejścia do twierdzy nie znalazłyśmy, znalazłyśmy się na jakimś niemal zadupiu, tyle, że ciągle byłyśmy w centrum.

W Tbilisi miałyśmy być jeden dzień. Tak. JEDEN. A jakoś tak wyszło, że były 3. Trochę rozczłonkowane, podzielone na części te nasze wizyty, ale może to i lepiej? W każdym razie, te 3 dni to i tak zdecydowanie za mało. Apetyt rósł w miarę chodzenia.

Drugim razem zatrzymałyśmy się w Tbilisi przede wszystkim by spotkać się z Magdą i następnego dnia razem pojechać do Sighnaghi. Ale jeszcze w samym Tbilisi razem z Magdą ruszyłyśmy na podbój polskiego wieczorku (nie ma to jak być 4 dzień w Gruzji i chodzić na spotkania Polaków mieszkających w Tbilisi). Było zacnie. Afterparty od afterparty przeniosło się do naszego hostelu Why Not (polecamy, prowadzony przez Polaków), gdzie już w babskim gronie kontynuowałyśmy słuchanie gruzińskich anegdotek. Moimi ulubionymi są wszystkie te, które dotyczą ruchu drogowego.

“Do czego służy zderzak? Do zderzania!
Kierowca bez zderzaka, to doświadczony kierowca”

Oj widziałyśmy wielu doświadczonych kierowców. Kaha jako miłośnik samochodów, pilot rajdowy, dusiła się i płakała ze śmiechu słuchając Lidki, która opowiadała też o groteskowych pytaniach z testu na prawo jazdy.

“Co ma pierwszeństwo? Krowa czy tramwaj?
Nie wiadomo. Ale w Gruzji nie ma tramwajów”

Już jestem fanem opowieści Lidki, jak założy bloga z opowieściami – będę czytała!

W każdym razie zanim jeszcze udało się nam spotkać z Magdą wybrałyśmy się na podbój górki Mtatsminda. Jeśli podbojem można nazwać wjechanie na nią funicularem. Ten robił prawdziwy szał. Choć początkowo chciałyśmy wjechać inną kolejką, która istniała jedynie na mapie – na miejscu pocałowaliśmy klamkę. Remont budynku, no i nic nie wisiało, żadne wagoniki. Powiedziałam to kilka razy. Na głos.

“Nie ma kolejki”

Ale Kaha dalej szukała wejścia.

“Może z drugiej strony budynku”

Zaznaczam, że blond to nie kolor włosów, a styl życia.

No chyba, że ta kolejka to jakaś podziemna była (w co wątpię, ale jednak zasiałam ziarno niewiedzy w swym umyśle i pewnie zaraz będę sprawdzać u wujka Googla). Byłam też zaskoczona, ponieważ też pierwszy raz w życiu zawiodło mnie MapsMe (aplikacja z mapami offline, które gorąco polecam na każdą podróż, nawet szlaki i wiele innych punktów, w tym knajp, hoteli, atrakcji jest tam świetnie oznaczonych).

To na tej górce jest park rozrywki, a w parku diabelski młyn, który widać z każdego punktu w mieście. I tak oto skorzystałam z hintu na najlepszy widok miasta od Eli aka Nieśmigielskiej. DZIĘ – KU – JE – MY!

Autor

Nazywam się Paulina. I robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Jestem zakochana w Północy. Uwielbiam być w drodze, ale czasem też fajnie się zatrzymać. Nawet na dłużej. I poznać, choć trochę wnikliwiej. Lubię podróżować intensywnie, a jednocześnie bez pośpiechu.