MENU
Aktywnie / Oman

Wadi Tiwi & Wadi Al Arbaeen

To, że Oman to królestwo wadis wie każdy, choćby po jednym dniu tutaj spędzonym. Wadis są tu dosłownie wszędzie — kwestia tylko, które wadis wybrać? Do którego pojechać? Co jeśli szukamy jakiś alternatyw niż te najbardziej znane wadi?

Najbardziej popularnymi są Wadi Shab i Wadi Bani Khalid. Przyznaję, że to też jedne z moich ulubionych — nie bez przyczyny są one tak bardzo popularne. Wizualnie kocham Wadi Shab, ale by się zrelaksować i popływać najlepsze jest Wadi Bani Khalid. Jest ono też łatwo dostępne — co jest moim zdaniem sporą zaletą jak na upalny klimat Omanu, nikomu bowiem się nie chce drałować w takim skwarze. A swoją drogą to bardzo niezdrowe — ja już raz dostałam tutaj udaru słonecznego, nie chciałabym dostać go ponownie.

Mała powtórka — czym jest wadi?

Wadi to pustynna rzeka, często sezonowa, także bardziej poprawnym stwierdzeniem jest, że wadi to pustynne koryto rzeczne dla wód okresowych. Bowiem przychodzi w roku taki czas, że w Omanie pojawiają się rzewne deszcze, to monsun, tutejszy nazwany jest khareef. Dotyczy on głównie południowej części kraju — rejonu Salalah. Ale również w inne regiony Omanu potrafią zawitać obfite letnie ulewy. Są na tyle intensywne, że powodują prawdziwe powodzie. Fale brunatnej wody przetaczają się przez wadis w całym kraju z wielką, niszczycielską siłą. Porywają przy tym wszystko, co znajduje się im na drodze.

Wadis to z jednej strony raj, a z drugiej trochę taka uśpiona potęga natury, która budzi się raz na jakiś czas robiąc przy tym wielką rozrubę.

WADI TIWI

Przede wszystkim trzeba na początku zaznaczyć jedno — to jedno z najobszerniejszych i najbardziej zielonych wadi w Omanie. Można przejechać, przejść, przepłynąć to miejsce na wiele różnych sposobów i wciąż nie wykorzystać wszystkich opcji. Najsłynniejsza część wadi ma około 10 kilometrów i stanowi początkowy odcinek, zaczynając się w wiosce o tej samej nazwie, Tiwi.

W wersji ekstremalnej istnieje też kilkudniowy szlak, który prowadzi przez góry, aż do Wadi Bani Khalid.

To jedno z pierwszych wadi, które zobaczyłam w Omanie. Dlatego zawsze będzie dla mnie wyjątkowe, sentymentalne na swój sposób. Jest ono — również z mojego subiektywnego punktu widzenia — jednym z ładniejszych tutejszych wadis. I widzę w nim spory potencjał, zarówno fotograficzny, jak i przygodowy.

To też jedno z tych miejsc, w których po raz pierwszy zrozumiałam i zobaczyłam jak potężna, surowa, nieokrzesana i dzika jest natura w tym kraju.  I ta natura niesamowicie zachwyca, jednocześnie lekko przerażając. Ale ostatecznie muszę przyznać, że ujęła mnie dość mocno tym swoim pustynnym, kamienistym wizerunkiem.

W Wadi Tiwi chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć wodospad. Dlatego tam też postanowiliśmy dojechać.

Bowiem to wadi słynie z całkiem ładnego wodospadu. Jest to na pewno jeden z najbardziej spektakularnych elementów tego miejsca. Niemniej jednak trzeba przejechać właściwie całe wadi, wodospad znajduje się niemal na końcu. Droga jest, choć momentami bardzo wątpliwa i by nią przejechać trzeba mieć przede wszystkim dobre terenowe auto i porządne opony. Zapamiętałam tą drogę jako jedną z najbardziej wymagających dróg do przejechania w Omanie. Oczywiście droga ta wymaga  też żelaznych nerwów i dobrych umiejętności od kierowcy.

Jechaliśmy wzdłuż wadi wąską szutrówka wijącą się po zboczach kanionu. Droga zaprowadziła nas do małej wioski, miejsce to nazywało się Mibam. Była to typowa górska osada, w której przeważały gliniane lepianki oraz kipiące soczystą zielenią daktylowców i bananowców tarasy uprawne posiekane przez system faladży. To tu.

Dojazd do wioski to pierwszy etap podróży. Ale co dalej? Dookoła gaje palmowe i zero oznaczenia. Gdzie wodospad?

Przyczepił się do nas lokalny miglanc. Na początku miły, troszkę nachalny, czasem niepokojąco zerkał. Zaprowadził nas pod wodospad. Pod koniec jednak zażyczył sobie całkiem sporej wypłaty, którą w sumie otrzymał, bo jakby nie było — bez niego byśmy nigdzie nie dotarli. Ścieżka na wodospad prowadziła labiryntem faladży. Totalnie straciłam rachubę, którędy szłam, gdzie był skręt, co mijałam. Wszystko w gaju wyglądało niemal identycznie.

Wodospadu samego w sobie nie ocenię, nawet subiektywnie. Dlaczego? Ponieważ mam syndrom wodospadu islandzkiego. Każdy wodospad, który zobaczę w swoim życiu prawdopodobnie nie zachwyci mnie aż tak jak powinien, przez to, że naoglądałam się za dużo przecudownych wodospadów na Islandii.

Jedyne, co mogę dodać, to stwierdzenie, że naprawdę trzeba tutaj uważać. Kiedy zajechaliśmy na miejsce trwała akurat akcja ratunkowa. Ktoś poślizgnął się, wpadł do dolnego basenu (a jest tam spory spadek), połamał sobie żebra i nie mógł się wydostać.

Wadi Tiwi jest piękne i warte uwagi. Bardzo. Jednak trzeba uwzględnić, że owa uwaga wymaga nieco czasu. Tak jak na Wadi Shab spokojnie można zaplanować jeden dzień, tak na Wadi Tiwi nawet 3 dni nie byłyby wystarczające.

WADI AL ARBAEEN

Tyle wersji nazw jak przy tym wadi, nie słyszałam nigdzie indziej. Nigdy. Może to być — i teraz się skupcie — Wadi Al Arabieen lub Wadi Al Arbaeen lub Wadi Al Arbeieen, a także Wadi Arbaeen. Niby poprzestawiane literki, niby literówki, ale nie. Wszystkie nazwy są poprawne, wszystkie funkcjonują.

Skąd to się bierze, tyle wersji?

Po pierwsze język arabski ciężko zapisać alfabetem łacińskim, więc każde podejście do spisania dźwięków z użyciem innego alfabetu będzie wyzwaniem. Kolejna rzecz, która na to wpływa, to fakt, że w Omanie jest też wiele lokalnych dialektów, a także dużo przybyszów, którzy ucząc się arabskiego nie do końca poprawnie wymawiali niektóre zwroty. Także niepoprawne wersje weszły do użytku.

To tak w skrócie i w uproszczeniu. Ale podobną sytuację z nazwą ma Jabal Shams.

Kiedy pytałam moich omańskich znajomych, o to, które wadi lubią najbardziej, które jest ich faworytem, najczęstszymi odpowiedziami było właśnie Wadi Al Arbaeen. Swoją odpowiedź tłumaczyli tym, że jest nietknięte, nie ma tu wielu turystów, a ponoć im dalej pójdziesz tym piękniej.

Takie odpowiedzi powodowały narastanie ciekawości i wielkiej żądzy by w końcu tam pojechać i zobaczyć, co w tym takiego niesamowitego. Udało się ustalić datę, jedziemy! Chciałam przejść to wadi, dojść do wodospadu, zobaczyć te nietknięte, dzikie baseny, ale niestety pogoda miała dla mnie inny plan. Palące słońce nie pozwoliło mi na dłuższą wędrówkę w głąb wadi. Nie mniej jednak — próbowałam.

Najbardziej popularnym miejscem jest duży basen, z wodospadem, z klifami do skakania. Jest to też dla wielu już wystarczająco piękny obszar i mało kto próbuje wskórać coś dalej.

Jednak bardziej wymagające dusze i poszukiwacze przygód będą próbować iść dalej. I bardzo słusznie, ale warto mieć kilka rzeczy na uwadze.

Kiedy osiągnie się wioskę należy skierować się w lewo i podążać za faladżem. Z początku basenów nie ma zbyt wiele, nie są też okazałe, może to zniechęcić. Tym bardziej, że ta część wadi jest prawie cały dzień wyeksponowana na światło, nie ma ani grama cienia, ani chwili oddechu, a nieoznakowany dziki szlak idzie pod górę — w 40 stopniowym upale mnie to wykończyło, nie byłam w stanie przejść dalej.

Jednak wytrwali mogą dojść aż do wodospadu. Mówią, ze to The Secret Waterfall.

Ukryty, sekretny, bezimienny wodospadzik czeka gdzieś tam w górkach po 3 godzinach zmagań. Ponoć jest całkiem ładny, a i dojście tam to przygoda sama w sobie. Trzeba być gotowym na zanurzenia, skoki, pływanie. Zatem jeśli zamierzamy brać ze sobą elektronikę warto wziąć na nią worki wodoszczelne. Właściwie to totalny must have w Omanie. Bez worka wodoszczelnego do Omanu ani rusz!

Jak Tiwi było jednym z moich pierwszych wadi, które odwiedziłam, tak Arbaeen było właściwie ostatnim.

Oba stanowią miłą alternatywę dla tych popularnych perełek jakimi są Shab i Bani Khalid. Ale w obu tych alternatywnych wypadkach należy mieć auto 4WD oraz więcej czasu na eksplorację tych dzikich wciąż terenów.

Z biegiem czasu myślę sobie, że wręcz rozsądne byłoby wybrać się w oba te wadi z przewodnikiem, o ile faktycznie chcemy urządzać sobie przygodowe wędrówki. W innym wypadku wystarczy dużo zimnej wody, ręcznik, krem z filtrem i dobry humor.

Autor

Nazywam się Paulina. I robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Jestem zakochana w Północy. Uwielbiam być w drodze, ale czasem też fajnie się zatrzymać. Nawet na dłużej. I poznać, choć trochę wnikliwiej. Lubię podróżować intensywnie, a jednocześnie bez pośpiechu.