MENU
Islandia

Snaefellsness

Jestem dumna, że potrafię wymówić (i napisać, i to z pamięci) nazwę tego półwyspu. Snaefellsness. Ha! Potrafię też wymówić (i napisać, również z pamięci) nazwę tego wulkanu, co kiedyś wybuchł i sparaliżował loty między Ameryką, a Europą, ale o tym, innym razem. Wróćmy do Snaefellsness, czyli Islandii w miniaturze.

Ponoć jest tutaj wszystko to, co spotkamy podczas podróży dookoła wyspy. Nie sposób się z tym zdaniem nie zgodzić. Lodowiec? Jest. Pola lawy? Są. Klify – do wyboru, do koloru. Fiordy? Jedzą z ręki, naturalnie. Wodospady? I to nie jeden! Można tak w nieskończoność.

Jest jednak w tym półwyspie coś niesamowitego. Jak dla mnie Snaefellsness jest spowity jakąś magiczną aurą. Moje pierwsze przeżycia na tym obszarze, które miały miejsce 2 lata temu w zimie – zaliczam do jednych z najbardziej niesamowitych, w ogóle. I to nawet nie chodzi o nocne odkopywanie auta menażkami, gdzieś wysoko w górach, ani o nocleg na farmie koników islandzkich u Pana Duńczyka. Nie chodzi też o niesamowitą zorzę, jaką widziałam, stojąc właśnie gdzieś tam, na tym półwyspie. Chodzi o to, że jak jechałyśmy wzdłuż wybrzeża, klify pokryte były gigantycznymi soplami lodu, szczyty gór oklejała mgła, słychać było jedynie fale uderzające o skały i wrzask mew. Światło słoneczne było tutaj jakby zielone, niebieskawe. Chłód przeszywający aż do szpiku kości. Ale również ten wizualny.

Potem obejrzałam “Noi Albinoi”, Jola mi poleciła. Była przekonana, że mi się spodoba. Spodobał, bardzo. Ale zrozumiałam, że nie tylko ja tak widzę to miejsce. To musi być jego aura. Taka mroczna. W tej mrocznej, magicznej surowości potrafi zaiskrzyć piękny kolor.

Tym razem na półwyspie spędziliśmy jeden dzień. Tylko. Przywitał nas soczystym wiatrem – i niestety sytuacja coś nie chciała się zmieniać. Choć i tak najgorsze wiatry mieliśmy przed sobą. Można było to uznać za rozgrzewkę.

Dojrzałam koniki, a w tle lodowiec. Wiadomo jak to musiało się skończyć.

“Ja wysiadam. Wypuścicie mnie.”

Jęczałam z bagażnika. Aż w końcu zostałam wypuszczona – i w tym wietrze drałowałam do koników. Zrobiłam małe włamanie na pastwisko. Widok mnie czołgającej się pod ogrodzeniem musiał być bezcenny. Nie zrobiłam kadru życia, ale pomiziałam nieco te piękne futrzaki i od razu miałam fantastyczny humor.

Jedziemy dalej. Właściwie całe 5 minut później byliśmy na miejscu.

“Ej! Czy to nie wieloryb?!”

I nagle żwawo wszyscy zaczęli się podnosić na swoich siedzonkach, próbując zidentyfikować pluski na morzu. Zatrzymaliśmy się, i razem z Beti wystrzeliłyśmy do przodu by dojrzeć, co tam jest. Szybko się okazało jednak, że to skała. Maćka zatrzymało stado wściekłych rybitw popielatych (ang. arctic tern). Tak to jest, jak chodzisz koło ich gniazd z ciastkami w ręku. Podpowiem, że kończy się to wrzaskiem, ucieczką i ptasią kupą na odzieży. I to nie jedną.

Na przestrogę – zapamiętajcie.

Beti – dobra dusza wyjazdu – wszystkim we wszystkim chciała pomagać. A i tu stwierdziła, że ponosi mi plecak. I nie ma, że ja wezmę z powrotem. Nie nie nie. Miało być tylko na chwilę, do zdjęć. Bo plecak ładny. Zostało na dłużej.

Plecak śliczny, prawdziwe batalie się o niego toczyły. Każdy chciał go nosić. Szkoda, że jak mam brzydki plecak, ale tak samo wyładowany sprzętem – to nie ma chętnych do noszenia.

Wałęsaliśmy się jeszcze chwilę po wybrzeżu. Ogólnie polecam – Arnarstapi oraz Hellnar. A dosłownie kawałek dalej piękne formacje skalne na plaży Djúpalónssandur, wyglądające niemal jak fikuśny zamek. Jak to kiedyś stwierdziłyśmy – “najpiękniejsze miejsce dla samobójców”. Bo w tym pięknie jest coś niepokojącego i strasznego.

Sama przyznaję – jestem wielką zwolenniczką zdjęć na wszelakich klifach, nad przepaściami – wysokości nie boję się jako tako. Ale stanęłam tam, nad urwiskiem – i przysięgam – nogi jak z galarety. Jeszcze chwila i byłoby mokro w majtach. Ten pisk mew, te fale rozbijające się o czarne, geometryczne bazalty – to wszystko podjudzało strach. Beti też poszła do zdjęcia w strategicznym punkcie. Skończyło się na tym, że niemal czołgała się po ziemi. Byle się nie odkleić. Ogólnie – rozumiem to w tym wypadku. A dzięki kontakcie z podłożem – dojrzała maskonury!

Reszta raczej ostrożnie. Karol zgrywał szejka, Maciej – Czerwonego Kapturka.

Przejechaliśmy kolejne – może 2 kilometry – by zatrzymać się i popatrzeć owcom głęboko w oczy. Właściwie to tylko ja za nimi kicałam. Trochę musiałam pobiegać, ale udało się podejść bardzo blisko. Biorąc pod uwagę fakt, że te kulki wełny uciekają na sam widok człowieka, a zdjęcia, które tu widzicie są robione na pełnej klatce z obiektywem 35 mm – to uważam akcję za sukces.

Po północy – w końcu zajechaliśmy na camping. Ku naszej uciesze – z ciepłą wodą. Rano zaś, okazało się, że za pagórkiem rozlewa się piękny widok na pole zastygłej lawy, calutkie porośnięte mchem. W tle, zza gór wydziera się tutejszy lodowiec i wulkan – Snæfellsjökull. Może niektórzy z Was to wiedzą – ale to miejsce akcji z książki “Podróż do wnętrza Ziemi” Juliusza Verne’a. Ja się dowiedziałam przed chwilą z Wikipedii, choć wcześniej też coś świtało. Z okazji zapoznania się z nową ciekawostką – jako że tej pozycji nie czytałam – przeczytam.

Wszyscy jeszcze rozespani, leniwie rozlegliśmy się na ów pagórku z widokiem. I tutaj nastąpił przełom lenistwa – robimy fotki dla firm, które nam pomogły w zorganizowaniu naszego tripa. Jest pięknie – idealnie.

Wtrącę tu mini-wprowadzenie do recenzji śpiwora od YETI, i powiem tylko jedno – puchowy śpiwór to zupełnie inna jakość spania w zimnie. Przysięgam, nie wiedziałam wcześniej, co oznacza NAPRAWDĘ DOBRY ŚPIWÓR, póki nie wpadł w moje ręce śpiwór z YETI. Pewnie gdybym miała taki śpiwór na moim poprzednim (zimowym) islandzkim tripie, pewnie nie zachorowałabym po 3 dniu. No dobra, myłam wtedy też głowę, której nie wysuszyłam i z mokrą wylazłam na dwór (bez komentarza). Co nie zmienia faktu, że ciepło i miękkość jaką daje puch jest naprawdę nieporównywalna z syntetykami. Amen.

Myślę, że powie to każdy, kto miał do czynienia z syntetykami i puchem.

Ewa, bucik od Hanwag

Ewa, islandzka stylóweczka – czapeczka oraz sweterek od Blue Iceberg (Icewear)

Po wielu godzinach porannego zbierania się – pojechaliśmy po camping card, które okazało się absolutnie nieużyteczne, ale o tym później.  W skrócie – gdy przyjechaliśmy było bardzo późno, dopiero rano ogarnialiśmy nasze zobowiązania względem właścicielki campingu w Hellnar. To ona rzekła nam, że najlepiej jeśli wyrobimy sobie te karty. I że nie obarczy nas teraz opłatą, jeśli obiecamy, że po opuszczeniu campingu pojedziemy od razu do punktu informacji turystycznej w Ólafsvíku – i kupimy ów karty. Jako, że wierzę iż “karma wraca” – zrobiliśmy wszystko tak, jak zrobić mieliśmy. Uczciwość za uczciwość. Jeśli ktoś w dobrej wierze obdarza nas zaufaniem – nie róbmy wiochy. Potem opinie o Polakach złodziejach i cwaniakach się niosą. Jedziesz gdzieś, ktoś pyta Cię skąd jesteś, a gdy odpowiadasz, że z Polski – mina rozmówcy rzednie i rzucane jest niechętne “Aaa…”; no dobra, oczywiście nie zawsze tak jest – bywa i pozytywnie. Clou jest takie, że nasze czyny “w świecie” mają jakieś znaczenie – jak inni ludzie, inne narodowości – będą nas postrzegać.

Wracając do wyprawy – zmierzaliśmy pod nieszczęsne Kirkjufell (isl. kościelna góra). W świecie chodzą pogłoski, że to najbardziej fotogeniczna górka Islandii. Coś w tym jest. Trzeba jednak zaznaczyć, że jest fotogeniczna tylko z jednej strony. Tak samo jak wodospad obok – Kirkjufellsfoss.

Uparłam się, że zrobię jemu ładne zdjęcie. Eee…

Postanowiliśmy, że tu zjemy. I to był błąd. Woda grzała się w nieskończoność. Mimo naszych konstrukcji, żeby “nie wiało”. Po godzinie w końcu mogliśmy zjeść. Uczyniliśmy tak, wytarliśmy buźki z naszych liofilizowanych papek i z pełnymi brzuchami wyruszyliśmy w dalszą drogę w poszukiwaniu kolejnych przygód! Jechaliśmy przepiękną drogą – fiordy, szuter, widoczki idealne. Jedno było pewne – wkraczamy na północ!

Obstawa kuchenna. I Bonusy.

Każde pakowanie auta przyprawiał o ból głowy. To była bardzo dobrze przemyślana układanka.

Autor

Nazywam się Paulina. I robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Jestem zakochana w Północy. Uwielbiam być w drodze, ale czasem też fajnie się zatrzymać. Nawet na dłużej. I poznać, choć trochę wnikliwiej. Lubię podróżować intensywnie, a jednocześnie bez pośpiechu.