MENU

Myślisz Maroko to i egzotyka. Faktycznie, tutaj jest prawdziwa Paradise Valley. Podczas całej wyprawy marokańskiej byliśmy w dwóch, prawdziwie rajskich dolinach. Ta była rajską też z nazwy. Naturalne baseny otoczone górami i gajami palmowymi to prawdziwa gratka dla miłośników kąpieli. I to wszystko nieopodal Agadiru.

Ten dzień zaczął się na fantastycznej plaży w Legzirze. Prosto z niej skierowaliśmy się znów w stronę Agadiru. Planując trasę dla tego tripu, długo zastanawiałam się, czy prowadzić trasę przez Park Narodowy Souss-Massa. W planie widniał tu znak zapytania. Dlatego poradziliśmy się znów naszego niezastąpionego Lonely Planet – który znów się nie popisał swoją radą. “Amazing, extra-ordinary, most magnificent” bla bla bla – takimi przymiotnikami książka opisywała Park Narodowy Souss-Massa. Kłamała, a ja powiem Wam prawdę: jeśli jesteście prawdziwymi miłośnikami ptactwa i terenów nadrzecznych – jedźcie, jeśli siedzenie cały dzień w krzaku by zobaczyć jakiegoś małego upierzonego dziada czy czaplę nie jest waszym celem – odpuście sobie. Proste!

Tego dnia ja przejęłam stery w busie. Na nasze małe nieszczęście. Nigdy busem nie jeździłam, ani nic większym od Mondeo, nie wyczułam jeszcze naszej wspaniałej dorożki i spadło mi koło z TAKIEGO krawężnika. Nie zapomnę jednego z tamtego momentu – jak Gluza odwraca się zniesmaczony w moim kierunku (tak naprawdę jego mina mówiła: “dżyzas, muszę teraz wysiadać z tego auta na ten skwar i tachać kamienie nie wiadomo skąd, bo jesteś BABĄ i nie umiesz jeździć”) i mówi:

– Serio?!

Serio. Cóż mogłam zrobić? Zrobiłam to co zawsze: zaczęłam się śmiać. Najgorzej, że nie mogłam przestać. Moje reakcje są zawsze tak bardzo nieadekwatne. Kiedyś moja koleżanka niemal udusiła się sztangą na ławeczce, a ja zamiast ją ratować, nie mogłam przestać się śmiać. A ostatnio się dowiedziałam, że śmieję się nawet jak płaczę. Taki los.

Akcja ratunkowa dla wiszącego koła przebiegła super sprawnie. Nie mniej jednak czułam, że straciliśmy czas w tym magnificent parku. Szybko śmignęliśmy do naszej prawdziwej destynacji na ten dzień – Rajskiej Doliny. Zanim jednak tam dotarliśmy – jako kierowca – zafundowałam pasażerom (i innym uczestnikom ruchu drogowego) kilka kwiatków. Wiedziałam, to był ten moment, kiedy moja reputacja jako kierowcy już na zawsze zostaje zrujnowana w oczach tych ludzi. I choćbym wzięła udział w wyścigach Formuły 1 – oczywiście nigdy nie wezmę, ale to przykład – już nigdy tej straconej reputacji nie odzyskam. Do końca wyjazdu widziałam w lusterku wzrok Stasia mówiący “patrz jak jedziesz KOBIETO” albo “zaraz zginiemy wszyscy”.

Na szczęście nie zginął nikt. Dojechaliśmy dość późno. Chwilę krążyliśmy po okolicy, nie wiedząc dokładnie, gdzie powinniśmy się zatrzymać. Wiedzieliśmy, że to już prawie tu, ale jeszcze nie to. Czekaliśmy na znak. I oto on: masa zaparkowanych aut. Złota zasada podróżowania: jeśli nie wiesz, gdzie iść, a czegoś szukasz – idź tam, gdzie są ludzie – wtedy prawdopodobnie to znajdziesz. Sprawdziło się i w tym przypadku.

Paradise Valley jest naprawdę rześkim miejscem. Można połazić, poleżeć plackiem, popluskać się, poskakać ze skałek i oczywiście – zjeść tajin’a. Prawdziwa sielanka. I to zaledwie 30 kilometrów na północ od Agadiru. Zaś kolejne kilkanaście kilometrów dalej znajduje się następna gratka – Cascades Imouzzer des Ida Outanane. Poleciłabym, ale nie mogę – nie dotarliśmy tam. 

Zebraliśmy się dość późno. W dolinie nie było już słońca, jego ostatnie podrygi widoczne były jedynie pośród wierzchołków gór. I tam w sumie prowadziła nas nasza droga: do góry. Przez kilka godzin zachodu otrzymywaliśmy naprawdę doskonałe widoki. Nie mniej jednak trochę zaczęłam się martwić. Droga się nie kończyła, a do naszego kolejnego celu długa droga. Przysięgam, nigdy się tak nie zmęczyłam prowadząc. Wstałam koło 5-6 rano, prowadziłam, okryłam się motoryzacyjną hańbą, potem chwila smażenia się w dolince, a potem znów jazda. I to jaka! Górskie serpentyny po ciemku. Ta droga okropnie mi się dłużyła, a musiałam być super skupiona. Gdy w końcu dojechaliśmy do jakiejś cywilizacji zamieniłam się w końcu ze Stasiem. I padłam.

Dalej pamiętam już tylko śmierdzące śmieci, koło których się zatrzymaliśmy w medynie Taroudantu.

Choć nie! Na ów postoju – była najgorsza toaleta w jakiej przyszło mi się znaleźć. Obrazek z horroru. Szczury, koty, migająca lampka na resztce kabla. Pomieszczenie puste, wali capem ostro, dwie opcje dalszej drogi: masz siusiaka, albo nie. Idziemy z Bieńczak dalej. Woda cieknie po podłodze, ale krany nie działają, widać, że już dawno nie widziały wody. Do “boksów” toaletowych prowadziły drzwi jak z westernu. Chciałam uchylić jedno skrzydło. Ale nagle trzask! Wypadło z zawiasów. SERIO! Jest aż tak źle. Myślałyśmy, że już nie może być gorzej, ale apogeum dopiero na nas czekało. Przysięgam, takiego widoku jak w tamtych toaletach nie widziałam nigdy. To było gorsze od zawartości Toi Toi. Uciekłyśmy z krzykiem. Dosłownie.

Autor

Nazywam się Paulina. I robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Jestem zakochana w Północy. Uwielbiam być w drodze, ale czasem też fajnie się zatrzymać. Nawet na dłużej. I poznać, choć trochę wnikliwiej. Lubię podróżować intensywnie, a jednocześnie bez pośpiechu.