MENU
Islandia

Północ wita

Wkraczaliśmy na Północ. Powitały nas piękne fiordy i wielobarwne, niekończące się zachody słońca, trwające niemal całą noc. Było zacnie, dopóki niebo nie zaszło chmurką.

Ładne okienko pogodowe przez kilka dni na Islandii? Niemożliwe. Czułam, że taka piękna sytuacja nie może trwać za długo. Wykrakałam w myślach. To był nasz ostatni – w pełni ładny – dzień.

Po drodze do kolejnego punktu naszej wycieczki znów zrobiliśmy mały przystanek na głaskanie koników. Znowu włamałam się na pastwisko, znowu czołgałam się pod drutem kolczastym. Ale potem odkryłam furtkę – i jak cywilizowany człowiek tym razem – postanowiłam jej użyć. Choć czołganie się było bardzo fajne. Czułam, że poświęcam się dla sprawy.

Będąc na pastwisku wśród puchatych koników islandzkich, poczułam, że jestem w odpowiednim miejscu. Tak dla mnie wygląda szczęście – mizianie konika. Raz, dwa złapałam kontakt ze stadem – mimo, że były to praktycznie same klacze z maluchami, były niesamowicie ufne – zarówno mamuśki jak i źrebaki. Widać, że koń chowany na pastwisku – przez cały rok – to szczęśliwy koń. Maluchy ciekawsko zaglądały mi w obiektyw, a niektóre (cwaniaki) pod koniec same ustawiały się do drapania po szyjce czy klepania po zadku. Przylepy straszne, nie mogłam wyjść z pastwiska. Właściwie, to też nie chciałam tego robić. Ale trzeba było jechać dalej. Tym razem w kierunku Hvitserkur, czyli formacji skalnej położonej na tafli wody, która kształtem miała przypominać smoka u wodopoju. Totalnie nie pod drodze z “jedynki”, ale dzięki temu miejsce to można mieć tylko dla siebie, nie jest oblegane przez masy turystów.

Na miejscu faktycznie – jest smok na wodzie. Bardzo ładnie. Bardzo. Miejsce zyskuje moje słowa uznania. Widzieliśmy też niebieskie owce. Tym razem puchate kuleczki nie były tak przyjazne jak te na Półwyspie Snaefellsness. Po za tym – to typowy punkt widokowy i nie było za bardzo jest tam co robić. Chciałam schodzić na dół, pooglądać ów “smoka” z innej perspektywy, ale właściwie było już po północy (a patrzcie jakie magiczne światło!), więc wniosek “jedźmy już na camping” uznałam za słuszny, a nawet sama zaaprobowałam.

Po drodze zatrzymaliśmy się też w miejscu mi nieznanym z map, relacji, zdjęć, ani z przewodników. Po prostu jechaliśmy – i nagle coś ciekawego się pojawiło koło drogi. I jakie to było fajne! To Borgarvirki. Trochę jak krater, trochę jak forteca, trochę jak góra – z wielkich ciemnych kamieni bazaltowych. Nigdy czegoś takiego nie widziałam – prawdziwy fenomen. A jaki przepiękny widok stamtąd się rozpościerał. I ten piękny zachód.

To jest właśnie fantastyczne w Islandii – wydaje Ci się, że zobaczyłeś już tu wszystko? Właśnie – wydaje Ci się. Za każdym rogiem, za każdym zakrętem, górą, rzeką i wodospadem czeka kolejny cud natury, tak niesamowity i niepowtarzalny, że można po prostu eksplorować i eksplorować, i nigdy się nie znudzić. Gdy wydaje Ci się, że limit piękna został osiągnięty, to zaraz wyspa wysuwa kolejny as z rękawa, a Twoje receptory poczucia piękna ulegają totalnej destrukcji z przeciążenia. Kadry robią się tu same, przysięgam.

Tego dnia mieliśmy dojechać do Akureyri. Mieliśmy – ale nie dojechaliśmy. Spoczęliśmy w jakiejś pomniejszej miejscowości wiele kilometrów przed miastem, i tu miał miejsce pierwszy nocny deszczyk tego wyjazdu. Aura nocnych deszczy od tego momentu już nas nie opuszczała do końca podróży. Później, nauczeni doświadczeniem wiedzieliśmy już jedno – jeśli przychodzi czas na rozbijanie namiotu, to wiadomo, że zaraz zacznie padać.

Rankiem pogawędziliśmy z innymi turystami, którzy podarowali nam gąbki, kubeczki i talerzyki. Chcieli też osłodzić nam życie i dać kilogramy cukru, ale my tacy pro-eko-bio no-gluten i no-sugar, że podziękowaliśmy. A potem w Bonusie kupiliśmy Oreo.

Ruszyliśmy na podbój znanego i lubianego – wodospadu bogów – Godafoss. Nazwa jego wiąże się z legendą krążącą wokół porzuceniem nordyckich bogów i przyjęciem przez Islandię chrześcijaństwa. Czoło i koryto ów wodospadu jest w kształcie łuku przypominającego podkowę. Mówi się, że pod koniec IX, z początkiem X wieku, Thorgeir – jeden z ówczesnych pogańskich wodzów islandzkich, który zadecydował o zmianie religii na wyspie – wracając do domu z Althingu w Thingvellir, gdzie zostało ogłoszone nowe wyznanie wiary, napotkał ten wodospad i postanowił stracić w tutejszej kipieli rwącej turkusowej wody wszystkie swoje wizerunki nordyckich bogów. Odtąd wodospad nazywany był wodospadem bogów. Taka to ci legenda.

Wodospad jest naprawdę nieziemsko malowniczy, nic więc dziwnego, że jego nazwa wiąże się z jakąś “boskością”. Ląduje on na liście moich ulubionych wodospadów islandzkich.

No i znowu wszyscy chcieli nosić mój plecak.

Następny przystanek – magiczny rejon Krafli.

Grupowe selfie – jak widać bardzo dobrze mi idzie.

Jest i Blondynka! Fot. Beata Mamińska

Autor

Nazywam się Paulina. I robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Jestem zakochana w Północy. Uwielbiam być w drodze, ale czasem też fajnie się zatrzymać. Nawet na dłużej. I poznać, choć trochę wnikliwiej. Lubię podróżować intensywnie, a jednocześnie bez pośpiechu.