MENU
Gruzja

Kazbegi i jedno takie samo zdjęcie

Są takie miejsca na świecie – w tym i Kazbegi, a dokładniej kościółek nad nimi – gdzie nieważne, co i jak zrobisz, będziesz mieć takie samo zdjęcie jak miliony innych turystów, którzy tam przybyli przed tobą oraz kolejne miliony, które przybędą po tobie.

Już dawno tak długo nie wybierałam zdjęcia głównego do posta jak tutaj. Chciałam uniknąć tego kadru, ale najwyraźniej się nie dało. Ten kadr jest przeznaczony na bycie zdjęciem głównym w poście o tym miejscu u każdego blogera podróżniczego. Przysięgam. Przymierzałam każde i właściwie żadne inne zdjęcie nie pasowało: tu jakieś słupy, linie wysokiego napięcia, gdzie indziej beznadziejne światło, kolor, źle wykadrowane, nieostre. Meh. A! I nie zdziwcie się, jeśli podobny kadr minie Wam przed oczyma kilka razy w tym poście. Wiecie – trudne decyzje wyboru – których nie potrafię dokonać.

Strasznie kręciłam fotograficznym nosem w tych Kazbegach. Żaden kadr mi się nie podobał, nad światłem ubolewałam, zrobiłam masę zdjęć z niemal identycznym kadrem, co kilka minut celując w Kazbek, licząc, że może coś się zmieniło? Coś co nazwiecie piękną pogodą, ja nazwę pechem. Patelnia całe 3 dni. Trzy dni słońca i bezchmurnego nieba. Tak bardzo bezchmurnego, że to aż denerwowało. Kilka chmurek wysoko na niebie przez 15 minut się nie liczy.

Chciałam chmury to – spojler – potem miałam ich aż nadmiar w Swanetii. Nie zgadniecie! Taki nadmiar, że aż denerwowało (było ich tak dużo, że nie zobaczyłyśmy prawie nic). Ale szczerze, jeśli chodzi o warunki świetlne przez cały gruziński wyjazd – moje szczęście było chyba wtedy na innej planecie. Światło i warunki pogodowe miałam zawsze dokładnie w opozycji tego, co chciałam. Błagam w myślach Matkę Naturę by choć na chwilę pogoda i słońce nabrały magicznego wymiaru wizualnego. Nie. Kaha musiała znosić moje biadolenie, zaś ja zwijałam się w fotograficznych mękach, gdy słyszałam:

“Ale piękna pogoda!”

Jednakże moje biadolenie miało wymiar ogólny, dopadł nas jakiś taki wszechmogący pech małych rzeczy. Ale pokolei.

Twierdza Ananuri

W stronę gór ruszyliśmy naszą “Wielką Słowiańską Wycieczką”. To znaczy w hostelu poznałyśmy Olega i jego żonę Annę, młode małżeństwo z Ukrainy. A na Dworcu Didube dosiadła się do nas Rosjanka. Takim oto gronem ruszyliśmy marszrutką “robiącą przystanki na zdjęcia za dopłatą”. Czyli nieco drożej niż zwykła, regularna za 10 GEL, ale wciąż tanioszka (10 GEL to około 17 PLN).

Jadąc w stronę gór i to jeszcze słynną Gruzińską Drogą Wojenną, myślisz sobie, że będą takie widoki niesamowite, że aż zdjęcia same się będą robić. Ponownie przyznaję, Islandia mnie totalnie zepsuła. Mimo, że trzęsło, że kierowca wyprzedzał na trzeciego, miał oczywiście symbolicznie pękniętą przednią szybę, to i tak – zasnęłam. Budziłam się podczas tych przystanków, których właściwie nie było tak wiele, bowiem 3.

Pierwszy przy turkusowym zbiorniku wodnym Zhinvali, – kolor nawet ładny, szkoda jedynie, że tej wody jakby mało. A no tak – wiosna – jedyna pora w roku, w której zbiorniki w górach mają niższy poziom wód czekając na stopnienie śniegów.

Drugim przystankiem była twierdza Ananuri, wciąż nad turkusowym wyschniętym jeziorkiem. Ale ze średniowiecznymi kościółkami i twierdzami na Zakaukaziu w stylu romańsko-bizantyjsko-ormiańskim jest tak, że jak z wodospadami na Islandii. Z każdym kolejnym twoje zainteresowanie i zachwyt maleją. Choć jedno muszę przyznać – ci, którzy je budowali, mieli niesamowite poczucie tego jak budynek będzie prezentował się w przestrzeni. Niemal zawsze wybierali widowiskowe położenie. Czyli totalna opozycja tego, co robi główny architekt miejski Wrocławia zezwalając na budowę jakiś poczwar tuż przy pięknych budynkach.

Gdzieś naczytałam się jakie to Anauri jest super. Że jedna z najlepszych atrakcji. Cóż, nie dla mnie. Gdy tylko zobaczyłam konika, który stoi przybrany w ludowy rząd jeździecki, przy nim tabliczka “photo 10 lari”, a do tego wszystkiego ustawiona kolejka turystów ciągnąca się kramikiem od straganów z pamiątkami – to tak trochę meh, a trochę nawet bardziej zainteresowało mnie to wszystko, co działo się przed, a nie w twierdzy. Ale teraz pytanie – co teraz tak nie wygląda? Wszędzie już tak jest. Wszędzie, gdzie turyści rozwija się biznes kramików z chińskimi podróbkami, magnesikami, pamiątkami. Powoli nawet na mojej kochanej Islandii zaczyna się tak robić. Tłumy już są. Ale jak tu miałoby nie być tłumów, skoro każdy pisze, mówi, że jest tam super – to potem każdy chce to zobaczyć samemu? Czuję się nieco za to odpowiedzialna w jakimiś mikroprocencie. To dziwna ambiwalentna mieszanka smutku i radości jednocześnie.

Przełęcz Krzyżowa

Wracając do Wielkiej Słowiańskiej Wycieczki. Ostatni przystanek to naturalnie Przełęcz Krzyżowa, znana niektórym jako przełęcz (pomnik) przyjaźni gruzińsko-rosyjskiej. Przynajmniej tak zrozumiałam, z tego, co usłyszałam.

Mijaliśmy też resort narciarski w Gudauri. Biorąc pod uwagę, że potem w Kazbegi spotkaliśmy 7-osobową wycieczkę narciarską, a potem w Swanetii kolejnych miłośników freeride stwierdzam, że Gruzja to musi być naprawdę bajeczne miejsce dla osób, które mają zajawkę na sporty zimowe. Można tam skorzystać sobie z paralotni. Za jedyne 400 GEL masz całe 15 minut latania. Przeczytałam w przewodniku, nie wiem, ale może jakby ktoś chciał, to zostawiam TUTAJ link do firmy, która zajmuje się fruwaniem nad Kaukazem.

Dotarliśmy do Kazbegi głodne i wytelepane. Zaniosłyśmy bagaże do Mai, zjadłyśmy, powoli nastawał zachód. W tym czasie reszta naszej słowiańskiej wycieczki wdrapywała się do góry. Chcieli jeszcze tego samego dnia powrócić do Tbilisi, my zostawałyśmy.

W ostatniej chwili stwierdziłyśmy, że jednak jeszcze dziś chcemy zobaczyć słynny kościółek Cminda Sameba. W końcu idzie zachód, światło jakieś takie ładne, a jutro chciałyśmy zrobić w sumie już coś innego. Szybko wzięłyśmy więc jakiegoś pana z Delicją i pojechałyśmy. Totalnie nie wiedząc jakie są ceny pierwszą i drugą ofertę totalnie wyśmiałyśmy i ostatecznie pojechałyśmy za jakiś bezcen. Trochę bolało mnie sumienie, że wjeżdżam na górkę autem, ale wtedy jeszcze myślałam, że chociaż zejdziemy same, a jeszcze jutro wdrapiemy się o wschodzie – to jakoś tak wygłuszało mi poczucie wewnętrznego lenia. Lecz potem, gdy zobaczyłyśmy w jakim stanie są szlaki i droga pod kościół wiosną, w roztopach stwierdziłam, że jakiekolwiek chodzenie pod czy z górki w tym błocku będzie totalną męką. Zdecydowałyśmy – na dół też jedziemy autem.

Nasza Wielka Słowiańska Wycieczka!

Kto łaził kiedyś w takim mocno rozmokniętym terenie, pół-błocie, ale miejscami lodzie, wie, że z tego nie ma żadnej przyjemności. Nie mówię nawet o potencjalnej kąpieli w tym błocku przy odrobinie nieuwagi (widziałam kilku takich, w tym Gruzina, oj klął niemiłosiernie, nie wiem co mówił, ale to na pewno były przekleństwa). Błocko przyczepia się do buta i idziesz jak na szczudłach próbując wynaleźć jak najpłytsze bagienko.

Tam, gdzie niby idzie się tak szybko, ale jest mocno pod górę – cóż – na jednym odcinku, który namierzyłyśmy leżało tak dużo śniegu, że nie widziałam opcji by się nawet przez to przebijać. Stwierdzam, że wiosną jakiekolwiek trekkingi to naprawdę zły pomysł. Możecie powiedzieć, że trzeszczę i “maruda mode on”, ale naprawdę – to zły pomysł.

Od momentu rozstania z naszą słowiańską wycieczką minęły dobre 4 godziny. Może nawet 5. A wiecie, że spotkaliśmy ich przy kościółku? Oni dopiero co tam weszli. Takim tempem idzie się w błocie.

Nawet był taki moment następnego dnia, gdy przystałyśmy nad Gergeti, tak w 1/3 drogi do kościółka, usiadłyśmy na chwilę na małym pastwisku. Próbowałam namówić Kahę, żeby jednak wejść, żeby Ala była z nas dumna. Żebyśmy nie okazały się totalnymi plackami. Żeby chociaż to chaczapuri jakoś się lepiej strawiło. Bolało mnie moje sumienie leniwca. Padły wtedy słowa, których nie zapomnę.

“Nie będę udawać kogoś kim nie jestem. A jestem leniwą bułą.”

Wchodzenia nie było, ani wtedy, ani o wschodzie.

nasz kierowca

Pan okazał się być kuzynem Naszej Mai, zrobił sobie z nami zdjęcia – i oczywiście je dostał potem. Instax rulezz!

Miał być wschód, ale skończyło się na zielonej nocy z Polonią urzędującą u Mai. I jak to bywa, że kiedy kładziesz się spać o 2 w nocy, to nie ma szans byś wstał o 3. Ale powodzenia. Sobie też życzyłam. Jednak tego ewidentnie mi brakowało.

W Kazbegi, czyli właściwie w Stepantsmindzie (obie nazwy funkcjonują) – jak już wspomniałam – byłyśmy 3 dni. To dlatego, że myślałyśmy by w tym czasie wybrać się zarówno do pobliskiej Juty by zobaczyć w oddali Chaukhi Pass oraz by odwiedzić Truso Valley. Rześko zatem powędrowałyśmy do informacji turystycznej by ustalić, co jak i kiedy możemy zrobić. Zamknięte. Robią remont. Dodatkowo od innych podróżników dowiedziałyśmy się, że zarówno Juta, jak i Truso zasypane śniegiem, auto dojedzie tylko kawałek, a potem czeka kilkunastokilometrowy przemarsz przez śniegi. A na trekkingi w śniegach nie byłyśmy przygotowane. Pa pa marzenie o pięknych dolinach i przełęczach!

Choć zważywszy na patelniowe światło, aż tak bardzo nie żałuję. W lecie przy niskich obłoczkach śmigających po niebie z prześwitami słońca musi to wyglądać nieziemsko.

Ze względu na ową patelnię i ogólne trudności odpuściłyśmy zatem. Widocznie tak miało być. Cały ten czas spędziłyśmy w Kazbegi i wiosce po drugiej stronie rzeki, Gergeti. Dodam, że wałęsałyśmy się w tym czasie po miasteczku, to siedząc na skarpie obsranej przez krowy, tuż nad małym lokalnym wysypiskiem i wylewnią ścieków, albo zasypiając na pastwisku zaraz obok krowich placków…

Mówię prawdę. Spałyśmy tuż obok krowiej kupy.

Najczulej z wizyty w Kazbegach będę wspominać Panią Maję, gruzińską wonder woman. Kobietę pracującą jako nauczycielka, prowadzącą guesthouse, ogarniającą całe gospodarstwo z inwentarzem, gotującą (pysznie!), samą robiącą remont. Nigdy nie widziałam by ta kobieta choć na chwilę usiadła. Ciągle robota się piętrzyła. A no właśnie. Czy powiedziałam – sama robiąca remont? Tak. Maja sama remontuje swój polish house. Ci, co byli tam kiedyś już nie zobaczą tego samego miejsca. Są nowe okna, nowe łazienki, nowe tapety, nie ma kultowej dwójki z dywanem i fortepianem (teraz jest czwórka, w zupełnie innej kolorystyce). Przez moment byłyśmy same w całym domu to na pożegnanie zajrzałyśmy do każdego pokoju.

Sumując pobyt w Kazbegi stwierdzam, że mam niedosyt. Chciałabym zobaczyć więcej. Inną porą roku. Z innym światłem. To może oznaczać tylko jedno. Kiedyś do Gruzji trzeba wrócić.

A tak w ogóle ponownie czułam małe dejavu z wpisu Eli. Wiecie czemu? Jeśli nie wiecie, to koniecznie przeczytajcie o tym jak jej Tomek kocha Decathlon. Kaha też kocha Decathlon, mogę się założyć, że w wolnej chwili tak jak Tomek przegląda strony tejże sieciówki. W Gruzji ubrała się właściwie w niego od nóg do czubka głowy. Mogłam zapomnieć o tym, aby wzięła piękny sweterek z islandzkiej wełny. Nie nie, wełna islandzka? To nie Kaha. Kaha jest Małym Chodzącym Decathlonem. Okulary? Czapka? Kurtka? Podkoszulek? Leginsy? Plecaczek? Wszystko stamtąd. Mogę się założyć, że nawet gacie i skarpety z niego były. Jedynie buty śmierdziuchy  (na szczęście już RIP) nie były z Decathlonu. One były rodem z piekła.

Autor

Nazywam się Paulina. I robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Jestem zakochana w Północy. Uwielbiam być w drodze, ale czasem też fajnie się zatrzymać. Nawet na dłużej. I poznać, choć trochę wnikliwiej. Lubię podróżować intensywnie, a jednocześnie bez pośpiechu.