MENU
Islandia

Fiordy i latające kluseczki

Znane całemu światu jako puffins, czyli ptaszki wyglądające niczym z kreskówki, z wiecznie smutnymi oczkami, zostały przeze mnie nazwane latającymi kluseczkami.
Ale o nich – za chwilę.

Dotarliśmy w rejony fiordów wschodnich. Klimat zmienił się diametralnie – zimno, mocniej ośnieżone góry, powietrze jakieś takie wilgotne – morskie. Szczyty górskie spowiła niby mgła, opatuliła wszystkie możliwe wierzchołki i zbocza. Gdy droga zaczęła kierować się w dół, jedno było pewne – to nie mgła – jechaliśmy dosłownie w chmurach. Tak nisko osiadły tutaj w rejonie, tworząc przy tym dość mroczny, ale nieziemski klimat.

Już uwielbiam to miejsce!

Zatrzymaliśmy się na szybko przy jakimś wodospadzie, chłód był niezwykle przeszywający. Karol od razu pożałował, że wylazł z ciepłego auta. Ja czułam się za to fantastycznie.

No – fantastycznie, pomijając fakt niekorzystnego działania ziaren chia. Zjadłam ich niezwykle dużo tego dnia (bo w Bonusie były tańsze niż w Polsce!), a ponoć w dużej ilości – jak to Kasia rzekła – mają działanie… przeczyszczające. Także tego – potwierdzam tę tezę. Chia jest wspaniała – ale w umiarze.

Dojechaliśmy do Seydisfjordur, małego miasteczka portowego. To tutaj przypływają promy z Danii, z Wysp Owczych. Chmury dosłownie rozlały się po całym fiordzie i mieścinie. Widoczność – może 10 metrów. Rano, gdy mgła zaczęła się rozrzedzać, a obłoki dosłownie – zaczęły się rozrywać – w końcu można było dostrzec góry dookoła. I w ogóle – miasteczko.

Razem z Beti wybrałyśmy się na spacer do portu. Przejście całej miejscowości wzdłuż i wszerz zajęło nam może 45 minut. Klimat kozacki – malutkie sklepiki z rękodziełem w salonie u kogoś w domu, wepchnięte pomiędzy pralnio-przedsionek, uroczy kościółek w samym środku miasteczka (w którym właśnie odbywała się ceremonia ślubna), kutry, domki – proste i względnie kolorowe oraz masa opuszczonych małych hangarów i chatek, lekko przyrdzewiałych, zabitych dechami.

Reszta ekipy zasiadła do piwa, ryby i do burgerów w lokalnej knajpie, w której kelnerem oczywiście był Polak. I tu rozegrała się prawdziwa tragedia, dramat.

Właściwi to był głównie mój dramat – ale – udzielił nam się znany wszystkim podróżującym – kryzys 4 dnia (to był właściwie nasz 6 dzień, ale pierwszy się prawie nie liczy, a biorąc to też na kobiecą logikę, był to właściwie 4, ale podsycony niepotrzebnym przetrzymywaniem do dnia 5). Polały się łzy, podniosły się głosy, ale doszliśmy do kompromisu.

Podczas śniadania podsłuchaliśmy, że gdzieś NIEDALEKO jest fajny klif z maskonurami.

Podłapaliśmy haczyk i stwierdziliśmy, że to sprawdzimy, choć miejsce wcale nie było w naszym – moim – planie. Ale jak to mawiał mi mój przyjaciel, Mati:

Plan dobrze mieć, ale nie zawsze trzeba z niego skorzystać.

No i tu była okazja by lekko zboczyć ze szlaku. Zboczyliśmy tak solidnie – prawie 100 kilometrów – w jedną stronę. Wtedy sobie przypomniałam słowo “niedaleko” – to bardzo względne pojęcie. Tak samo jak “rano”, “szybko” i inne śmieszne, podobne słowa.

W każdym razie – skierowaliśmy się na Hafnarhólmi, wyspę maskonurów. Wysepka – klif – półwysep – ciężko właściwie to sprecyzować dokładnie. W każdym razie chodzi o Hafnarhólmi koło Bakkagerdi. Niestety mapy i nawigacje nie zawsze widzą TO Hafnarhólmi, dlatego warto skierować się właśnie na Bakkagerdi lub Borgarfjordur Eystri. Ja zawsze lubię się wesprzeć papierową mapą – i tu zdradzę Wam mój mały sekret – kocham mapy, praktycznie zawsze jak gdzieś jadę muszę mieć papierową mapę. Wszystkie zawsze sobie zostawiam, są dla mnie wspaniałą pamiątką; przypominam sobie dzięki nim te wszystkie chwile, gdzie człowiek się zastanawia – “czy to aby na pewno ta droga?” – te wszystkie “mieliśmy jechać TĄ drogą!” i “gdzie my jesteśmy?!”. Wciąż niezmiennie uważam, że najpiękniejsze momenty podróży to własnie te, gdy się zabłądzi, gdy nas ze szlaku, wytyczonej drogi, zwieje – na dobre kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów. Zasada ta sprawdziła się i tym razem.

To była przepiękna droga. PRZEPIĘKNA.

Jeśli ktoś tak mówi i sądzi, będąc już kilka dni na Islandii, widząc jej piękno na każdym kroku – to uwierzcie, że to miejsce naprawdę musiało być wyjątkowe. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to była jedna z najbardziej malowniczych dróg jakimi jechałam. Jakby ktoś reflektował – to jest to droga przez przełęcz Vatnsskard, a nad trasą majestatycznie widnieje góra Dyrfjoll.

Widać, że jest to rejon jeszcze w miarę dziewiczy dla turystów. Choć przy maskonurach było ich całkiem sporo. No, ale w sumie fakt – większość osób, będąc na Islandii chce zobaczyć latającą kluseczkę. Też chciałam. I zobaczyłam. I stwierdzam, że są urocze. Wyglądają jak z kreskówki, trochę jak miniaturowe pingwiny – tyle, że latają, choć robią to tak śmiesznie – może to przez proporcje ich skrzydeł do reszty ciała. Stąd w sumie skojarzenie z latającą kluseczką. I jeszcze do tego wydają takie śmieszne dźwięki.

Śmieszniaste to takie i urocze na maska. Moje serce się trochę tam roztopiło, przyznaję.

Do jednego przemawiałam nawet by podszedł bliżej. I wiecie co?! PODSZEDŁ. Przysięgam, Beti świadkiem.

Gdy opuszczaliśmy piękną przełęcz stwierdziliśmy ponownie – to miejsce idealne do zdjęć dla partnerów. Zatrzymaliśmy się w akompaniamencie owiec, słońca i pyłu z szutrówki. Zacnie do granic! Tym razem to Karol śmigał z plecaczkiem po tutejszych krzaczkach i wodospadach.

Dobra, koniec tego dokazywania i heheszków. Trzeba było zdążyć do Bonusa! Przecież to nasz ostatni Bonus na kolejne kilkaset kilometrów! Pędziliśmy jak wiatr – zdążyliśmy. Jako szczęśliwi nabywcy naszych podstawowych produktów żywnościowych na Islandii – fasolki z puszki, tuńczyka z puszki, hummusu i Oreo – mogliśmy spokojnie ruszać w dalszą drogę, w poszukiwaniach noclegu.

Tak znaleźliśmy się w Faskrudsfjordur.

No dobra, po drodze jeszcze była sesja – ale bardzo krótka. Przysięgam, że ten rejon jest niesamowicie malowniczy. Fiordy wschodnie na Islandii – kto nie był, niech nadrobi, bo warto. Teraz, gdybym miała ponownie planować kolejny mój trip na Islandię – na pewno więcej czasu przypisałabym Eastfjords’om.

W Faskrudsfjordur zrobiliśmy kolejną sesję dla partnerów naszego wyjazdu – dla Fjallraven & YETIWszystko również z islandzko-polskim akcentem od Blue Iceberg, czyli polskiego dystrybutora Icewear

Robiło się późno – a chmury ponownie zaczęły spływać po zboczach gór, powoli obrabiając nas z widoków. Sesję musieliśmy kończyć i kłaść się spać. Noc – standardowo – minęła nam w deszczu, a to był tylko prolog, do tego, co miało się wydarzyć później – jeszcze wtedy słodko nie wiedzieliśmy jakie hardcorowe niespodzianki sprezentuje nam rejon jednego z największych lodowców na świecie…

Autor

Nazywam się Paulina. I robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Jestem zakochana w Północy. Uwielbiam być w drodze, ale czasem też fajnie się zatrzymać. Nawet na dłużej. I poznać, choć trochę wnikliwiej. Lubię podróżować intensywnie, a jednocześnie bez pośpiechu.