MENU
Lifestyle / Polska

Działkowanie zimą

To był mój ostatni normalny – nie-pechowy – dzień stycznia. Poszłam z Krzysiem na spacer po działeczkach, snuliśmy plany odnośnie zbliżającego się wyjazdu do Londynu. Mieliśmy jechać pojutrze, w sobotę. Zamiast angielskiej herbaty piję czystek, zamiast płaszcza, szlafrok. Niestety, bywa i tak, że człowiek sobie planuje, a życie te plany skrzętnie psuje.

Londyn widnieje na mojej liście od dawna. Punkt 51. W końcu zebrałam się – i razem z Krzysiem i Gabą kupiliśmy bilety. Miało być na krótko, miało być fajnie, miało być w ogóle. Nie będzie, na pewno nie teraz. Why?

Wszystko zaczęło się w środę.

W ramach odstresowania poszłam z Krzysiem na dość długi, zimowy spacer na okoliczne działki. Lubię to miejsce, w lecie czasem staram się tam biegać, ale kończy się na łażeniu wśród kwiatów i robieniu zdjęć. W zimie tworzy się tam mały winter wonderland, też fajnie. Wracając – odstresowanie się – pomogło, lecz ździebko wymarzliśmy.

Następnego dnia w ryzach trzymał mnie kortyzol i adrenalina (tak obstawiam), bo późnym popołudniem czekał mnie laserowy zabieg na oczy, oko właściwie. Jakiś czas temu okazało się, że mam dziurawą siatkówkę. Ostatecznie dziurki były aż dwie i wskazywało na to (podwinięte brzegi), że jeszcze chwila i siatkówka by mi się rozkosznie zaczęła odklejać. Pan doktor wsadził mi do oka nażelowaną wielką soczewkę – najpierw jedną, potem drugą – i miałam wrażenie, że w nieskończoność migał laserem. W każdym razie myślałam, że oko mi zaraz wypłynie. Za miesiąc kontrola.

Na następny dzień już poczułam jak mnie rozkłada. Z najgorszą możliwą opcją – kaszlem i katarem – wszystkim, co najgorsze dla oka, które powinno uważać na wszelakie skoki ciśnienia. Ostatecznie: lekarz, antybiotyk, konieczność odwołania wyjazdu do Londynu.

Nawet i ja doczekałam się fotki! Słowiańsko-wiejsko-skandynawska wersja winter wonderland. Fot. Krzysztof Sawko

Jakby było mi mało – ukruszył się mi i ząb, i ściana. Mogło się to stać w dowolnym momencie mojego życia. Ale nie. Musiało teraz. Bo nieszczęścia nie chodzą parami. One biegną całą gromadą.

Musiałam pochlipać chwilę w kącie małego narzekacza, przeżyć swój mały kryzys, by potem móc się pozbierać do kupy. Mam nadzieję, że będzie wszystko dobrze. Wiem, że wszystko się kiedyś kończy, te złe rzeczy również. I naprawdę – zdrowie to jedna z tych rzeczy, które za rzadko doceniamy, gdy je mamy. Dopiero utracone – permanentnie lub chwilowo – karze nam obdarzyć się większą refleksją.

Ja już zawsze będę fotografem z dziurawym okiem. Wiem, co mówię.

Autor

Nazywam się Paulina. I robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Jestem zakochana w Północy. Uwielbiam być w drodze, ale czasem też fajnie się zatrzymać. Nawet na dłużej. I poznać, choć trochę wnikliwiej. Lubię podróżować intensywnie, a jednocześnie bez pośpiechu.