MENU
Maroko

Droga wśród dzikich gór

Krótka historia o tym, jak rzeczy potrafią iść nie po naszej myśli – i jak bardzo wspaniałe to może być. Jak znów trzeźwo spojrzeć na to, co naprawdę jest ważne.

Kilka dni temu usłyszałam, że mętnieje mi oko. Wystraszyłam się mocno, jak nigdy. Ze zmętniałym okiem zawsze kojarzyła mi się zaćma. Przerażona pobiegłam do okulisty. Odetchnęłam z ulgą, gdy okulistka powiedziała, że moje męty są w porządku. Ale usłyszałam też, że mam dziurkę w siatkówce i jeśli nic z tym nie zrobię szybko, to któregoś nie-pięknego dnia odklei mi się ów siatkówka, co w większości przypadków oznacza utratę wzroku w oku. Nikt nie chce usłyszeć czegoś takiego, a już na pewno nie fotograf. Utrata wzroku jest jak wyrok śmierci – nie biologicznej oczywiście – ale mentalnej. Zatem niebawem prawdopodobnie czeka mnie zabieg laserowy i w styczniu na chwilę zostanę piratem. Nie wiem czy przesadzam, czy nie, ale z pewnością ogarnęła mnie panika i wielkie zmartwienie. Skłoniło mnie to do wielu myśli, ogólnie. O życiu.

Każdy zawsze myśli, że to, co złe to nie zdarzy się jemu. A mimo to codziennie kogoś, gdzieś – ludzi, takich jak ja, Ty, znajomych, sąsiadów – dotyka jakiś dramat. Czasem są to nawet nie dramaty, a wielkie tragedie. Wydaje Ci się, że masz coś, jest to pewne, ale nagle znika, bez zapowiedzi, ostrzeżenia. Nawet nie zdążysz do tego przywyknąć, że tak będzie. Po prostu masz wrażanie, że świat niesłusznie ci coś zabiera. I to uczucie bezradności. Na każdego z nas jeszcze czeka wiele życiowych, prawdziwych dramatów. Nie można się łudzić, że to, co złe nam się nie zdarzy. Zdarzy. Każdemu.

Po co to piszę? Taki patetyczny gniot? Bo mam wrażenie, że ja – i wielu innych – naprawdę marnujemy masę czasu. Masę! Na rzeczy nieważne, nieistotne, błahe. W najgorszym momencie jak pomyślałam sobie, że mogę faktycznie stracić wzrok i nie zobaczyć tych wszystkich rzeczy, które tak bardzo pragnę zobaczyć – jednocześnie mając świadomość, jak wiele czasu zmarnowałam poświęcając się rzeczom, których nie lubię i które nie dają mi radości – ogarnęło mnie wewnętrzne, wielkie, własne rozczarowanie. Jak mogłam na to pozwolić?!

Trzeba natychmiast żyć. Jest później niż się wydaje.

I ten cytat to sedno. Stop marnowaniu dni. Nie mówię o odpoczynku, ale o marnotrawieniu czasu w najgorszy możliwy sposób: czyli robieniu czegoś wbrew sobie albo ciągłemu robieniu rzeczy, które nas unieszczęśliwiają. Wiadomo, są i obowiązki, czy rzeczy nieprzyjemne, ale takie, które są środkami do wyższego celu. Ale jak to mówią “no pain, no gain”. Tylko, że to całe “cierpienie” różni się od siebie. Po jednym czujesz rozczarowanie życiem, po drugim dziką satysfakcję. Czas znaleźć więcej czasu w życiu na pasję, na marzenia i na ważne rzeczy. Naprawdę ważne. Bo nic nie jest pewne.

Koniec tej patetycznej gadki. Wzięło mnie, bo się martwię i musiałam to wyrzucić z siebie. Mam plan działania i nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Trzymajcie za mnie kciuki w styczniu.

Dlaczego taki tekst przy tym tekście? Bo pasuje. Czemu? To był jeden z tych dni, kiedy wydawało się nam w pewnym momencie, że jesteśmy w przysłowiowej “czarnej dupie”, a okazał się być jednym z najwspanialszych dni wyjazdu – przynajmniej jak dla mnie. I tak traktuję też tą sprawę z oczami. Mam nadzieję, że myśli są gorsze niż fakty. Boję się, ale może tego potrzebuję? By docenić to, co się ma, by spojrzeć inaczej na pewne sprawy. Dopiero, kiedy naprawdę stajemy w obliczu, że coś możemy stracić widzimy prawdziwą wartość tego.

Ten dzień pamiętam go jakby to było wczoraj. To był 21 września, urodziny Pawła. Jak zwykle – ruszyliśmy w drogę. Po ochoczym spacerku po Warzazacie obraliśmy kurs na Merzugę. Nie mogliśmy jednak wybrać najprostszej drogi jak Bozia nakazała, tylko musieliśmy wybrać taką, która szła słynnymi wąwozami. I wiecie co? Nawet nie mam za bardzo zdjęć z tych “słynnych wąwozów” – mowa o Wąwozie Dades i Todra. Za to mam z całej trasy pomiędzy. Kolejna życiowa zasada: nie zawsze cel się liczy, a droga. Powtarzam dziś patetyczne mantry, ale to tylko dlatego, że są bardzo prawdziwe i sama mam okazję doświadczać ich przesłania.

Znów ja prowadziłam. Trochę byłam zmęczona i rozkojarzona. Ciągłe słońce, pobudka przed świtem przy akompaniamencie przenikliwego głosu z minaretu nawołującego do modłów – i na jednym zakręcie zrobiło się nieciekawie – na szczęście nie na tyle by coś się stało. Ale nabawiłam nas stracha. Przy okazji postoju w pełnej konspiracji razem ze Stasiem – pośrodku zupełnie niczego – próbowaliśmy zakupić świeczki i tort dla Pawła. Skończyło się na melonie i wielkich woskowych świecach. Opatrzeni we wszystkie niezbędne atrybuty ruszyliśmy w drogę na pierwszy wąwóz i z radością zamieniłam się siedzeniami w busie z solenizantem. Teraz on był naszym kierowcą. Droga już od samego początku karmiła nas całkiem zacnymi widokami: pomarańczowe zbocza gór, kozy w dolinie, kręte, ciasne drogi pośród strzelistych ścian, a wszystko skąpane w ostrym, afrykańskim słońcu. Po minięciu pierwszego wąwozu – Dades (widoczny na kilku zdjęciach wyżej), który jest jednym z najbardziej turystycznych miejsc w Maroko – ruszyliśmy dalej, mając plan na drogę, której nie znaleźliśmy. Mieliśmy bowiem dojechać do M’Semrir i tam skręcić w prawo by niemal od razu znaleźć się przy drugim wąwozie – Todrze. Skrętu nie było. Albo nie zobaczyliśmy go. Nie wiem. Patrząc na mapę spokojnie stwierdziliśmy, że droga na której jesteśmy – trochę okrężnie – ale też doprowadzi nas do celu. I miało być szybko i bezboleśnie, bo droga na mapie miała status drogi drugorzędnej. Dla wścibskich – mowa o drodze oznaczonej jako R705. To jak bardzo nie jest to droga drugorzędna, trzeciorzędna, ani nawet czwartorzędna zdaliśmy sobie sprawę bardzo późno. Jak tu wierzyć mapom?

Znaleźliśmy się na drodze, na którą sugeruje się jedynie transport 4×4, o ile w ogóle. Prowadzi przez trzytysięcznik i – dosłownie – stepy marokańskie. Bardziej pośrodku niczego nie byłam nigdy bardziej niż wtedy. Początkowo liczyliśmy, że droga “już zaraz” się zmieni. Zmieniała się, ale w drugą stronę: stawała się coraz bardziej hardcorowa. Spotkaliśmy kilku pasterzy, wędrowców, motocyklistów (kaski oczywiście były podpięte, gdzieś z boku, nigdy na głowie, marokańskie BHP wita), ciężarówkę (!) i oczywiście owce, kozy – oraz – dzikie wielbłądy. Dobra, pewnie były czyjeś, gdzieś w cieniu kamienia pewnie siedział ich pasterz. Dziękowaliśmy losowi, że ciężarówkę spotkaliśmy już na odcinku, gdzie mogliśmy ją wyminąć. Wcześniej szerokość drogi ledwo starczyła na nasz bus. A nie było pobocza. Z jednej strony były kamieniste zbocza w dół, z drugiej – w górę.W którymś momencie, kiedy lekko rosła frustracja w każdym z nas i każdy zadawał sobie pytanie – gdzie do cholery jesteśmy, gdzie dojedziemy tą drogą i czy to TA droga, na której myślimy, że jesteśmy – ja miałam swój BARDZO “blond-moment”.

Wiecie co, mam chyba nawigację w telefonie. Kaśka mi wgrała jakąś mapę Maroka, jakąś aplikację mi zainstalowała, ale nie wiem jak to się obsługuje i nie wiem jak to działa… 

“Mówisz nam to TERAZ?! Kiedy wyjechaliśmy kilka godzin za jakąkolwiek cywilizację.” – to chciał powiedzieć w tamtym momencie każdy, możliwe, że ktoś powiedział. Nie pamiętam, ale to bardzo prawdopodobne. Oczywiście nawigacja hulała znakomicie i całą resztę wyjazdu przejechaliśmy na niej. I jak się okazało – byliśmy na dobrej drodze. Po prostu ktoś ciapnął olbrzymi błąd na mapie – by the way – na Google Maps jest to samo, także watch out!

Do Merzugi dojechaliśmy cali i zdrowi. Już po przebytej drodze jednogłośnie stwierdziliśmy, że to była jedna z najpiękniejszych dróg jakimi jechaliśmy. Naprawdę było PRZEMALOWNICZO! Surowy krajobraz Atlasu naprawdę czaruje, te góry mają coś w sobie. Przekonałam się o tym nie raz na tej wyprawie. Mam olbrzymi sentyment do tych naprawdę mimo swojej surowości – wdzięcznych gór.

Była godzina 22, kiedy wjeżdżaliśmy na saharyjską już drogę. Mieliśmy zajechać na stację paliw – jedyną w tym rejonie Sahary – i tam zaczekać na brata naszego hosta, Mohammeda. W pewnym momencie przed busem przebiegł nam fenek! Rany, wiecie jaka to radość zobaczyć na własne oczy dzikiego, pustynnego lisa! Pełni entuzjazmu zajechaliśmy na stację. To był czas by dokończyć naszą urodzinowo-melonową konspirację. Stasiu miał odciągnąć Pawła, ja z resztą ekipy zająć się cięciem melona i odpaleniem świec. Było melonowe śpiewane sto lat na największej pustyni świata, i to pod gwiazdami! Śpiewał (próbował przynajmniej) nawet jakiś pan ze stacji i brat Mohy. Paweł miał naprawdę niezapomniane urodziny. My wszyscy – niezapomniany dzień i przygodę.

Autor

Nazywam się Paulina. I robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Jestem zakochana w Północy. Uwielbiam być w drodze, ale czasem też fajnie się zatrzymać. Nawet na dłużej. I poznać, choć trochę wnikliwiej. Lubię podróżować intensywnie, a jednocześnie bez pośpiechu.