MENU
Hiszpania

Betancuria. Miasto w okowach gór

Zacznę od końca. Bo właśnie wizyta w Betancurii była moją ostatnią mikro-wycieczką na Fuertaventurze. Najlepsze niby zawsze zostawia się na deser. Ja lubię deser zjadać na przystawkę. Po co czekać?

Do Betancurii prowadzą dwie drogi. Północna – hardcorowa i południowa – jeszcze bardziej hardcorowa. Na obu trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo kamyczki lubią tu sobie spadać. Należy jechać wolno i cieszyć się drogą – niezależnie czy północną czy południową – bo obie są naprawdę piękne, jedne z fajniejszych jakimi jechałam w życiu. Obie oferują niesamowite widoki i wiele punktów widokowych.

Na ten mini-trip po tej części wyspy wybrałyśmy się z Magdą we dwie, bez chłopaków (na Fuertaventurze byliśmy w czwórkę, dwóch Mateuszów, ja i Magda).

Jechałyśmy od północy, wcześniej bowiem gościłyśmy u stóp świętej góry o nazwie Tindaya (i nie mam bladego pojęcia jak odmienić tę nazwę). Mijałyśmy “posiadłość” – a właściwie restaurację – na szczycie jednej z okolicznych gór – Mirador De Morro Velosa. Spowiły ją chmury. Niżej znajdowały się pomniki dwóch mało proporcjonalnych panów z włóczniami. Nie będę udawała, że wiem na znak czego zostały tu postawione – bo nie wiem. Jak ktoś lubuje pomniki – to spoko – ale i tak, widoki dookoła zabierają całą chwałę i uwagę dla siebie.


W samej Betancurii nie zabawiłyśmy długo. Ale od początku.

Wyjechałyśmy na jakiś dziki parking, zdecydowanie za daleko. Jednak źle obrana droga pośród tak ciasnych uliczek nie daje nawet możliwości odwrotu przez dłuższy czas. W centrum zaś ciężko znaleźć jakąkolwiek przestrzeń do parkowania.

Miasteczko jest bardzo malownicze, małe i ciasne. Idealne na 30 minutowy spacerek. Trafiłyśmy na czas siesty, więc wszystko było pozamykane. Poza przechadzką po zabytkowym centrum i stękaniem na publicznej, ulicznej prawie-siłowni – nie zrobiłyśmy nic więcej. Chciałyśmy wybrać się do miejscowego muzeum archeologiczno-etnograficzne, którego zwiedzanie miało być darmowe. Jednak nie mogłyśmy namierzyć jego lokalizacji. Na ulicach pustka, nie było nawet kogo spytać, a biorąc pod uwagę siestę i tak pewnie było zamknięte.

Najatrakcyjniejszy dla fotografa obiekt architektoniczny – to dzwonnica z miejscowego kościoła. Ten zaś jest najstarszym kościołem na całej wyspie.




A teraz szał. Góry.

Gdy wkroczyłyśmy naszą karocą na południową drogę z Betancurii, początkowo troszkę peniałam. Szczególnie jak zobaczyłam drogę poprowadzoną nad przepaściami: krętą, wąską, z barierką z białych donico-kamieni. “Ja mam tędy jechać?! No way”. Teraz jak o tym pomyśle, to “phi, pestka”. Ale wtedy naprawdę miałam pietra.

Na trasie jest kilka punktów widokowych. Polecam zatrzymać się na każdym. Można spokojnie zaparkować swoją karocę, podziwiać widoczki, tarasy, góry, chmury, a momentami widać nawet ocean. Można też obserwować natrętną zwierzynę, która próbuje wyłudzić jedzenie od turystów.

Rejon ten jest bardzo malowniczy dla mnie, szczególnie dla mojego fotograficznego oka. Nie ma tam jednego konkretnego punktu czy atrakcji. Ale po prostu warto just być i just breathe. Bo jest pięknie.



Jestem i ja. Fot. Magdalena Karasek





Autor

Nazywam się Paulina. I robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Jestem zakochana w Północy. Uwielbiam być w drodze, ale czasem też fajnie się zatrzymać. Nawet na dłużej. I poznać, choć trochę wnikliwiej. Lubię podróżować intensywnie, a jednocześnie bez pośpiechu.